W DZIEWICZYCH LASACH AMERYKI
W krótkich słowach wytłómaczył mu gubernator, o co chodzi; Cyryl wyjął z ust fajkę, splunął, wydobył z za pasa krótki, gruby, do ogromnego gwoździa podobny sztylet, i nic nie rzekłszy, przyłączył się do idących. Nad rzeką rozebrał się, dał znak towarzyszom, aby z nim wsiedli do łódki, stojącej u brzegu, rozejrzał się naokoło okiem znawcy i wiosłować począł w stronę, gdzie brzeg płaski i zieleńszy niż gdzie indziej, wysoką trawą porosły, ostrym cyplem wrzynał się w wodę.
Łódka dopłynęła o jakie dwadzieścia kroków od tego miejsca, gdy nagle kilka kaimanów z pluskiem zanurzyło się w wodzie.
Słowa nie rzekłszy do nikogo, Cyryl pochwycił sztylet w zęby, wskoczył w mętną, błotnistą wodę, i dawszy w nią nurka, już się nie pokazał na Powierzchni. W miejscu, gdzie zniknął, zakołysała się toń tylko i coraz to szerszymi kręgi, coraz wolniejszym falowała ruchem.
Upłynęło kilka sekund, długich jak godziny: wtem zakotłowała się woda, potężnem uderzeniem ogona przeciął kaiman jej powierzchnię, a w chwilę potem wynurzyło się cielsko potworu, którego silnie się trzymał Cyryl.
Znowu na dno poszli obydwa i znowu po kilku sekundach wypłynął na wierzch Cyryl, cały błotem oblepiony, tchu złapać niemogący, zmordowany, ale sam jeden. Otrząsnął się, jak pies po kąpieli, błotem obryzgał siedzących w łódce, i wskoczywszy do niej, upadł na ławkę znużony.
— Gdzież kaiman? — zapytał Józio, któremu prosty ten Indyanin wydawał się w tej chwili równym wszystkim bohaterom starożytności.
Cyryl w milczeniu wyciągnął krwią ociekający palec i wskazał nim na punkt o jakie trzydzieści kroków od łodzi odległy. Był to kaiman: pływał już nieruchomo, brzuchem do góry, z piersią rozpłataną czterema cięciami sztyletu.
Oklaskami obsypano zwycięzcę, a p. Walery wsunął mu oprócz tego w rękę kilka sztuk srebrnej monety, jako dotykalny dowód uznania i trwalszą nad oklaski pamiątkę nie pierwszego w życiu zwycięstwa.
— Tutejsi tylko Indyanie — rzekł don Henryk — są w stanie spotykać się tak z kaimanem; inni nie potrafią tego. Twierdzą nawet ogólnie, że kaiman instynktem poznaje Iudyanina z San-Pedro i ucieka przed nim, podczas gdy wszystkich innych pierwszy narada. A co? widziałeś pan łowy tutejsze, panie Tadeuszu?
— Widziałem i podziwiam.
— Czy są w kraju waszym krokodyle?
— Nie; lecz nie brak nam dlatego drapieżników. Wszędzie ich pełno.
Tak rozmawiając, powracali do wsi, bo dziś jeszcze wyjechać miał p. Walery. Don Henryk kazał mu osiodłać najlepszego konia swojej stajni, dwóch Indyan dodał mu za towarzyszy, i pożegnawszy swego gościa, uspokoił markotnego trochę Józia zapewnieniem, że postara się o rozrywki, któreby mu zastąpiły wycieczkę do miasta.
W samej rzeczy nazajutrz wyprawił p. Tadeuszowi i Józiowi polowanie na ptaki, których istne wiece odbywały się na błotach, wokoło wieś otaczających. Zdawało się doprawdy, że wszystkie rodzaje ptaków brodzących zleciały się tu, jakby na umówioną schadzkę; najliczniej stawiły się marabuty, dla piór swoich stanowiące tak pożądaną zdobycz, i czerwonaki o świetnem, jaskrawem upierzeniu. Całe pęki przepysznych piór przywieźli myśliwi dla Luci, która, wywdzięczając się za uprzejmą pamięć o niej, uwiła dwa wspaniale bukiety z piór, traw leśnych i puszystego kwiecia trzcin, rosnących na bagnisku, i przystroiła nimi bawialny pokój p. gubernatora, dość, prawdę rzekłszy, niedbale utrzymywany.
Na polowaniu bardzo przyjemnie zszedł Józiowi dzień cały; obawiał się tylko o Morila, który, choć aportowania nie uczony, za każdym strzałem chciał się rzucać w błoto, gdzie połknęłyby go w jednej chwili kaimany. Co kilkadziesiąt kroków widać było występujący nad powierzchnią wody trójkąt, który tworzy szeroka ich paszcza z wypukłemi oczami. Józio, chociaż niezły już strzelec, nadaremnie mierzył do tych potworów: kule musiały się ześlizgiwać po twardej ich czaszce, bo żadnego nie zabił, choć pewien był, że trafił niejednego.
— Józiu, jutro pokażę ci osobliwszy w swoim rodzaju zwierzyniec — rzekł mu don Henryk, gdy do domu wracali. — Poprosimy miss Oliwii i panny Luci, żeby także z nami poszły.
— Daleko stąd? — ciekawie dopytywał Józio.
— Tuż za wsią.
— Ciekawy jestem, gdzie też tu może być zwierzyniec? — rozmyślał Józio. — Wieś okrążona wkoło bagnami, na których nie rośnie nic, oprócz trzcin i z rzadka rozrzuconych drzew karłowatych; od lasu przedziela ją rzeka, bardzo szeroka w tem miejscu...
Nie potrzeba było daleko szukać zwierzyńca, jak się pokazało, gdy nazajutrz poprowadził tam swoich gości don Henryk. Zwierzyniec ten był po prostu sadzawką, gdzie z rezygnacyą oczekiwało ostatniej godziny kilka kaimanów, za łapy uwiązanych do pali, a co smutniejsza, pozbawionych ogona, w tym celu, by je nieszkodliwymi uczynić.
— Fe! jakież to pastwienie się nad zwierzętami! — z oburzeniem
